sobota, 6 lipca 2013

Rozdział XVIII

Wylądowaliśmy w ciemnej uliczce. Rozejrzałam się. Byliśmy prawdopodobnie gdzieś w centrum  Paryża. Słyszałam hałas samochodów. Było dość ciemno, gdyż w uliczce jakiej wylądowaliśmy nie było latarni. Można powiedzieć, że to ślepy zaułek. Byłam lekko mówiąc otumaniona nagłym spotkaniem śmierciożerców i szybką teleportacją.
- Draco, udało się - uśmiechnęłam. Spojrzałam na niego. Z mojej twarzy szybko zszedł uśmiech. Jego biała koszula barwiła się na szkarłat. Zaśmiał się nerwowo. Mimo to zobaczyłam na jego twarzy zaciśnięty uśmiech.
- Ta suka musiała czymś we mnie trafić - trzymał się za ramię.
- Zaraz udzielę ci pierwszej pomocy - zaczęłam grzebać w mojej niesamowitej torebce ze wszystkim. W nerwach nie mogłam nic znaleźć.
- Nic mi nie jest - wykrzywił się.
- Właśnie widzę, na chwilę schowaj Malfoyowską dumę - nawet na niego nie zerknęłam. - Muszę jakoś ratować mojego przyszłego męża - powiedziałam próbując się uspokoić. Zauważyłam na jego twarzy uśmiech. Chyba jest zadowolony, że przyjęłam jego oświadczyny. Kochany, nie wie na co się pisze.
- To był kompletny spontan - powiedział. Zdziwiłam się, ale również zrobiło mi się smutno. Wyglądało, że całkiem przypadkowo stwierdził, że chce spędzić resztę życia ze mną.
- Miałem ci się oświadczyć w Paryżu - dodał widząc moją minę. Prychnęłam oburzona, ale jednak z ulgą. Dalej grzebałam w mojej kopertówce. Wkurzona wyjęłam różdżkę:
- Accio apteczka - powiedziałam. Po chwili do rąk wleciała mi pomniejszona, biała skrzynka. Powiększyłam ją. Zajęłam się jego raną. Miał dość głębokie rozcięcie wzdłuż obojczyka. Po kilku minutach skończyłam. Szybkim zaklęciem oczyściłam jego koszulę i pomogłam mu ją nałożyć wraz z marynarką.
- Postaraj się nie ruszać. Zatamowałam krwawienie, ale jeśli zaczniesz szarżować wykrwawisz mi się tu. Porządnie zajmę się tą raną w bardziej sterylizowanym miejscu - tłumaczyłam mu to jak małemu dziecku. - Gdzie jest nasz hotel? - Dodałam optrzepując dłonie.
- Aniele, chodź - mruknął wpatrując się we mnie jak zaczarowany. Podał mi rękę i teleportowaliśmy się pod same drzwi, co za niespodzianka pięciogwiazdkowego hotelu. Draco załatwił klucze i po krótkiej przejażdżce windą byliśmy w swoim apartamencie na ostatnim piętrze. Oczywiście, pan geniusz francuski też znał.  Złapałam go za zdrową rękę i posadziłam na łóżku. Jego duma nie pozwalała sobie pomóc.
- Nie ruszaj się - powiedziałam jak zobaczyłam, że sam chce ściągnąć swoje ubranie. Z torebki wyciągnęłam maść, która powodowała natychmiastowe gojenie i wcześniej przygotowany eliksir leczniczy. Podeszłam do niego i delikatnie zdjęłam z niego marynarkę i koszulę.
- Przyszła pani Malfoy mnie rozbiera, kuszące - uśmiechnął się zadziornie mimo bólu. Spodobało mi się wyrażenie pani Malfoy.
- Hermiona Malfoy, nie najgorzej - myślałam głośno. Zaczęłam smarować jego ranę.
- Nie nienajgorzej tylko pięknie - sprostował. - To się leczy - zdziwił się szybkim efektem leku.
- Sama to opracowałam - uśmiechnęłam się. Widziałam jego zaskoczoną minę. - Chcę myć magomedykiem - wyjaśniłam.
- Masz ambicje - zagwizdał. Nalałam mu eliksiru.
- Wypij. Caałe - Zaakcentowałam przedłużając sylabę. Zerknął na napój. Nie wyglądał zachęcająco. Pomarańczowa breja.  - Nie pytaj co to jest - dodałam.
- Zachęcające - mruknął. Mimo to wypił całe to cholerstwo. Gdy skończył odetchnął głęboko. Podałam mu wodę do popicia. - Skąd ty to w ogóle masz? - Zdziwił się.
- Pozorny zawsze ubezpieczony - pokazałam mu język.
- Jeśli będziesz mnie faszerować takimi dobrymi rzeczami... - nie dokończył widząc mój karcący wzrok. - Kocham cię - mruknął potulnie.
- Przeze mnie zmieniasz się w pantoflarza - stwierdziłam znajdując w swojej torebce moją koszulkę nocną i najważniejsze kosmetyki.
- Jakoś nad tym nie ubolewam - usłyszałam. Zaśmiałam się.
- Niestety, Diabeł tak - powiedziałam przez śmiech. Zawtórował mi.
- Nie martw się. Roxi zrobi z nim porządek - zostawiłam to bez komentarza, po czym udałam się do łazienki. Oczywiście Draco wynajął tak luksusowy hotel, że mieliśmy tutaj dwie oddzielne łazienki, dlatego gdy skończyłam wieczorną toaletę zastałam go już śpiącego w łóżku. Sama położyłam się obok niego i odpłynęłam do krainy Morfeusza.
***
Obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Był świt. Jakoś niesamowicie dobrze mi się spało.
- Cześć kwiatuszku - poczułam, że Malfoy odgarnia kosmyk moich włosów. Odwróciłam się w jego stronę.
- Jaki plan na dziś? - Zapytałam ziewając.
- Musimy się teleportować do Londynu, gdzie spotkamy się z resztą. Do jutra jesteśmy tutaj, a potem lecimy do Tokio - przedstawił plan.
- Do Japonii?! - Nie mogłam uwierzyć. Ucieszyłam się jak głupia.
- Tak - podniósł się z łóżka. - Tylko tutaj cię zaskoczę - zrobił dramatyczną pauzę, choć wcale mu taka nie wyszła - nie znam ani jednego słowa po japońsku, będziesz robić za tłumacza ze słownikiem w ręku - zaśmiał się. Zerwałam się z łóżka z nową dawką energii.
- Daijōbu - zwróciłam mu uwagę. Machnięciem różdżki zaścieliłam nasze łóżka i Accio przywołałam zestaw ubrań dla siebie i niego z mojej pojemnej torebki. Musiałam je powiększyć.
- Co to znaczy? - Zdziwił się innym językiem padającym z moich ust.
- W porządku - wyjaśniłam.
- Czyli jednak słownika nie potrzebujemy? - Zapytał, ale nie odpowiedziałam tylko uśmiechnęłam się pod nosem. Podałam mu zwykłe jeansy i szary podkoszulek, czystą bieliznę i trampki poskładane w kostkę. Dla siebie miałam przygotowane jasne jeansy, czerwoną, szeroką bluzkę z rękawami trzy czwarte. W ciągu kilku minut wzięłam odświeżający prysznic w łazience. Zaklęciem szybko i ładnie z moich włosów ułożyłam koczek i zrobiłam sobie prawie niewidoczny makijaż. Nałożyłam beżowe trampki. Zauważyłam, że Draco jest już ubrany.
- Mówisz po japońsku? - Blondyn wrócił do wcześniejszego tematu.
- W stopniu komunikatywnym, więc się dogadamy w tej Japonii - uśmiechnęłam się. - Idziemy na dół zjeść śniadanie?
- Oczywiście - powiedział gdy wychodziliśmy z pokoju. Zabrałam, ze sobą swoją torebkę i różdżkę, żeby później nie wracać się na górę.
- Po co ci japoński? - Chyba go zainteresowałam.
- Jestem otaku* - na tym postanowiłam zakończyć temat. - Jak chcesz wiedzieć co to jest to podpowiem ci, że mugolski Internet nie gryzie - dodałam gdy winda poinformowała nas sygnałem dźwiękowym, że jesteśmy na parterze. Nie odezwał się, czyli jednak chce posłużyć się komputerem i sprawdzić co to znaczy. W duchu zaśmiałam się, że aż tak wpływam na Malfoy'a z krwi i kości, że dotknie się mugolskich urządzeń. Zjedliśmy typowo paryskie śniadanie.
- Ile czasu mamy do spotkania w Londynie? - Zapytałam.
- Jakąś godzinę. Możemy pójść na taras widokowy wieży Eiffel, a jak wrócimy może zechcesz zobaczyć Luwr - zaproponował. Kiwnęłam głową na zgodę. Po kilku minutach spaceru doszliśmy do naszego celu. Nawet nie musieliśmy czekać długo w kolejce. Mogłam rozkoszować się panoramą Paryża.
- Obiecaj mi, że kiedyś tu przyjedziemy - powiedziałam do przytulonego do mnie Dracona.
- Obiecuję - szepnął łaskocząc mnie w płatek ucha. Spędziliśmy tam jeszcze kilka chwil. Niestety czas nas gonił i musieliśmy się teleportować do Londynu. W tym celu udaliśmy się do najbliższej ślepej i ciemnej uliczki jaką udało nam się znaleźć co nie było zbytnio trudne. Chwyciliśmy się za ręce i wyobraziliśmy sobie Gimmauld Place 12. Po chwili byliśmy tuż przed tym budynkiem. Weszliśmy do środka. Dracon był tu pierwszy raz, więc pociągnęłam go za rękę do kuchni i jednocześnie sali narad Zakonu Feniksa. Zauważyłam, że wszyscy już tam są.
- Dziewczyny! - Mój pisk był trochę za głośny. Rzuciłam się w ramiona Roxi, Rudej i Jenny. Po chwili z pierwszego piętra zbiegła Lev, z którą też przywitałam się dość ciepło.
- O nas zapomniałaś? - Usłyszałam zabawny komentarz Zabiniego.
- Stęskniłam się za tobą Diable - przytuliłam go, a później Harrego, Ron i Nevilla.
- Co tam w Hogwarcie? - Zapytał Smok. Wszystkim zrzedły miny.
- Nieciekawie - mruknął Blaise. Jednak coś przykuło jego wzrok.
- Ja pierdolę. Smoku, ty kretynie! - Zaczął iść w moją stronę. - Czy ciebie można zostawić chociaż na chwilę tak, żebyś nie wpakował się w jakieś kłopoty? - Patrzył na mnie.
- O co ci chodzi? - Zdziwił się mój chłopak. Diabeł złapał za moją rękę i przyjrzał się pierścionkowi.
- Oświadczyłeś się, ty skretyniały pantoflarzu? - Dokładnie oglądał moją rękę. Chyba chciał się upewnić czy nie pomylił ręki czy palca. Czułam się jak okaz w zoo. Wszyscy przypatrywali się nam w ciszy.
- Tak, mamy zamiar się pobrać - westchnął cicho. Pisk jaki wtedy nas ogarnął był niesamowity. Znowu zapanowało zamieszanie gdyż każdy chciał nam pogratulować. Tylko Zabini się boczył i dalej mamrotał pod nosem jakim to trzeba być idiotą, aby dać się zamknąć w obrączki.
- Ludzie, ale to nastąpi jeśli przeżyjemy, więc proponuję przejść do konkretów - przerwałam cały ten szum. Usiedliśmy przy stole.
- Ustaliliśmy, że Voldemort ma siedem horkruksów. Dziennik Toma Riddle'a, pierścień Marvolo Gaunta, Medalion Salazara Slytherina, Puchar Helgi Hufflepuff, Diadem Roweny Ravenclaw, wąż Voldemorta Nagini - wymienił Harry.
- Wymieniłeś sześć. Dlaczego jeden pominąłeś? - Zapytała Lavender.
- Dowiedziałem się tego ostatnio i jestem tego pewien prawie w stu procentach. W 1981 gdy zaklęcie Avady odbiło się ode mnie Voldemort został zabity. Właściwie to tylko cząstka jego duchy, która była umieszczona w jego ciele. Musiała znaleźć coś w czym się ulokuje - wyjaśnił. Zakryłam usta dłonią. To nie może być prawda. Pokręciłam głową.
- Nie mów, że w tobie?! - Pisnęłam przerażona. Reszta zorientowała się co to oznacza w praktyce.
- Tak, muszę zginąć, żeby on też umarł - mówił to jakże spokojnie. Ginny rzuciła mu się w ramiona.
- Nie, ja nie pozwolę... - zaczęła płakać.
- Przepraszam cię, ale tak musi być. Ja już się z tym pogodziłem. I proszę was, żebyśmy na razie o tym nie mówili. Są ważniejsze sprawy do omówienia - przytulił Rudą do swojego ramienia.
- Ile z nich trzeba zniszczyć? - Zapytał Zabini.
- Oprócz mnie została jeszcze Nagini, Diadem Roweny, który chyba jest w zamku i Medalion Salazara Slytherina, który mamy ze sobą - wskazał na Rona, który z szyi zdjął wielki, żółtawy naszyjnik.
- My go zniszczymy. Ktoś musi zająć się diademem w szkole - wtrącił się Rudy patrząc w stronę Zabiniego i Nevilla, którzy po tej naradzie wracają do Hogwartu.
- Nie ma sprawy. Tylko mi powiedz jak to cholerstwo zniszczyć - Diabeł uśmiechnął się zadziornie.
- Mieczem Gryffindora, który mamy w posiadaniu lub kłem Bazyliszka - powiedział Chłopiec, który przeżył.
 - Skąd ja ci wytrzasnę kieł tego gada? - Zirytowała się Jenna, która do tej pory nie odzywała się.
- W łazience Jęczącej Marty jest wejście do Komnaty Tajemnic. W zlewach, posyczysz trochę jak wąż i dalej powinieneś już trafić. Będą tam jeszcze takie fajne drzwi, więc znowu poudajesz wężoustego - zaśmiał się Ron mówiąc to do Zabiniego.
- Dzięki za konstruktywne wyjaśnienie - wtrąciła się Roxi.
- Czyli ja i Draco nie mamy nic do roboty? - Uniosłam brew.
- Chwilowo nie, ale możecie pobawić się w szpiegów i wyczaić co kombinuje Voldemort - zaproponował Harry.
- Czy ty nas nie wysyłasz przypadkiem na misję samobójczą? - Zapytał Draco.
- Dacie sobie radę - stwierdził. - To do następnego spotkania. Czekajcie na patronusa ode mnie - dodał i wstał od stołu.
- Mam jeszcze takie pytanko. Czy ktoś miał bliskie spotkanie ze śmierciożercami? - Zdążyłam zapytać.
- My nie - wtrącił Ron.
- W szkole zajmują miejsca nauczycieli, tak w ogóle nikt nie wie gdzie podział się Dumbledore, a nowym dyrektorem jest Snape, ale po za tym nie są upierdliwi - powiedziała Jenna.
- Czyli tylko nas ścigają? - Zwróciłam się w stronę  Draco.
- Zaatakowali was? - Zdziwił się Ron.
- Tak, we Włoszech. Mam pamiątkę od cioci Belli - odsłonił lekko koszulkę pokazując bandaż.
- Bądźcie czujni. Rozchodzimy się - stwierdziła Ginny, która już nie płakała, ale widziałam na jej twarzy wyrysowany ogromny ból. Ja i Draco jako pierwsi wyszliśmy z mieszkania i od razu teleportowaliśmy się z powrotem do Paryża.

*Otaku - osoba, która uwielbia oglądać anime lub/i czytać mangę.

***
Po bardzo długiej przerwie (choć na tym blogu zdarzyło mi się nie pisać przez rok) dodaję rozdział. Jeśli ktoś czyta to dzięki Wam za to :) . Do końca tej historii Draco i Hermiony zostało mi jeszcze jakieś 5-6 rozdziałów + ewentualnie epilog, więc postaram się go skończyć do końca wakacji, ale na planach pewnie się skończy. Chociaż postaram się, żeby nie :D
Do usłyszenia,

XoXo.

Edit: Nie ogarniam dlaczego zaznacza na biało, chyba jakoś to przeboleję. (na razie)
Edit2: Coś poprawiłam, ale dalej lekko tekst się wyróżnia tak od połowy. Nie będę już tego poprawiać, bo jeszcze gorzej popsuję. Mam nadzieję, że zbytnio to nie przeszkadza.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział XVII

Przyglądałam się wszystkiemu co mnie otaczało. Były to małe, kolorowe domki stojące przy wąskiej uliczce.
- Zdałam się na ciebie, więc powiesz mi gdzie jesteśmy? - Zapytałam. Od dłuższej chwili rozglądałam się dookoła, ale nie mogłam połączyć żadnych znanych mi przestrzeni z tą tutaj.
- Na przedmieściach Rzymu. - Odparł.
- Żartujesz! - Ucieszyłam się jak dziecko.
- Nie, nawet cię zaskoczę. - Uśmiechnął się. - Jestem tu już chyba dziesiąty raz. - Dodał. Byłam zdziwiona.
- To co robimy? - Zapytałam.
- Szczerze mówiąc to co chcemy. - Rozłożył ręce jak pan świata.
- Znajdźmy jakiś hotel. - Pociągnęłam go za rękę. Podobała mi się wizja podróżowania po świecie. - Możemy zwiedzić kilka miejsc. - Dodałam.
- Za tydzień musimy być w Londynie, żeby spotkać się z Harrym. - Wtrącił Draco.
- Z teleportacją możemy wszystko. - Uśmiechnęłam się.
- Świat czarodzieji jest wspaniały. - Podsumował blondyn. Zgadzałam się z nim w stu procentach. Szliśmy dwadzieścia minut. Po drodze trochę go podenerwowałam, ale i tak miał dobry humor. W końcu zatrzymaliśmy się przed nowoczesnym hotelem. Weszłam do środka. Gdy poszliśmy do recepcji Draco zaczął rozmawiać z pracownicą po włosku. Byłam naprawdę w wielkim szoku. Po chwili dziewczyna skierowała się do pokoju dla personelu.
- Od kiedy ty znasz włoski? - Szepnęłam.
- Nie tylko włoski. - Mruknął uśmiechnięty. Wtedy z windy wyszedł jakiś człowiek.
- Panie Malfoy! Miło pana znów widzieć. - Zwrócił się do Dracona.
- Mnie pana również. - Uścisnął jego dłoń na powitanie.
- Apartament czarodziejski? - Zapytał.
- Oczywiście. - Uśmiechnął się blondyn. Podejrzewam, że mężczyzna, z którym rozmawiamy to właściciel hotelu. Zerknął na mnie.
- Kim jest ta piękna dama? - Zapytał.
- To moja dziewczyna...
- Hermiona Black. - Przedstawiłam się przerywając Draconowi. W windzie właściciel nacisnął z pięć razy przycisk kierujący nas na ostatnie piętro. Gdy byliśmy na miejscu zaprowadzono nas do naszego pokoju. Pierwsze co rzucało mi się w oczy to ogromne okno z widokiem na cały Rzym. Co więcej byliśmy pod samą pokrywą chmur.
- Jak wysoko jesteśmy? - Zapytałam.
- Najwyżej jak się da. To pokój dla czarodzieji. Mugole go nie widzą. Pomieszczenie było urządzone w kolorach bieli i czerni. Po tym jak opuścił nas właściciel hotelu zamówiłam obiad do pokoju. Po zjedzeniu posiłku udałam się do łazienki. Draco był zdziwiony pojemnością mojej torebki. I pomysłem z użyciem zaklęcia zmniejszającego wszystkie rzeczy będące w niej. Zbliżał się wieczór. Draco zaproponował mi wspólną kolację. Wychodząc z pokoju ''coś'' załatwić powiedział tylko, że ma nadzieję iż posiadam przy sobie jakąś sukienkę. Oczywiście z dwie miałam. Tak na wszelki wypadek. Było przed dziewiętnastą. Wzięłam prysznic. Zaplotłam włosy w niskiego koczka i ubrałam prostą, niebieską sukienkę do kolan bez ramiączek. Na nogi założyłam czarne szpilki. Uwielbiam buty, które posiadają obcas o dziesięciu centymetrach. I wyższych. Zrobiłam delikatny makijaż. Byłam gotowa choć Dracon jak zniknął tak go nie było. Po dwudziestu minutach wszedł do pokoju ubrany w mugolski garnitur. Pożerałam go wzrokiem.
- Nie gap się tak. - Zaśmiał się zamykając drzwi.
- Nie moja wina, że mam tak seksownego chłopaka. - Podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek.
- Przepraszam, że musiałaś czekać. - Mruknął. - Gotowa? - Zapytał. Kiwnęłam głową. Podał mi rękę. Zjechaliśmy windą na trzecie piętro. Była tam restauracja. Draco zaprowadził mnie do stolika na tarasie. Wszędzie zaczepione były lampki, które dodawały uroku temu miejscu. Po zjedzeniu pierwszego dania, przy lampce wina zaczęliśmy rozmawiać o naszych kolejnych przystankach.
- Za tydzień mamy być w Londynie. Tutaj będziemy trzy dni. - Wyjaśnił Draco.
- Mogę wybrać gdzie spędzimy pozostałe cztery? - Zapytałam. Blondyn kiwnął głową.
- Chcę do Paryża. - Rozmarzyłam się.
- Po Londynie proponuję Tokio, a potem może Amerykę. - Dodał.
- Ile będziemy uciekać? - Wypiłam łyk wina.
- Aż Harry nie znajdzie horkruksów. Zresztą Zabini, Rox i Jen też gdzieś się ukrywają. - Westchnął. - Tylko Ruda i Wesley zostali w Hogwarcie, żeby kontrolować sytuację. - Dodał.
- Nie szybciej byłoby gdybyśmy pomogli Harremu? - Zauważyłam.
- To mu to powiedz. Idiota nie chce pomocy. - Powiedział. Mogłam się tego spodziewać po Harrym. Zosia samosia.
- Przynajmniej miło spędzimy czas. - Wstałam od stołu. Podeszłam do barierki balkonu. Po chwili ramionami obejmował mnie Draco.
- Kochasz mnie? - Mruknął mi do ucha.
- Jak nikogo na świecie. - Wtuliłam się w niego. Przez chwilę między nami panowała cisza.
- Wyjdź za mnie. - Zamarłam na te słowa. Odwróciłam się powoli. Spojrzałam na Dracona. W jego oczach zauważyłam nutkę niepewności. Cofnął się o krok ode mnie. Patrzyłam z niego z niedowierzaniem. Widziałam jak z kieszeni wyjmuje aksamitne pudełeczko. Jak klęka na jedno kolano.
- Hermiono, zostań moją żoną. - Uśmiechnął się. To głupie ''tak'' nie chciało przejść mi przez gardło z radości. Pokiwałam lekko głową. Zauważyłam jak uśmiech na jego twarzy się zwiększa. Wstał i otworzył pudełko. Pierścionek był złoty z małym diamencikiem. Idealny. Przytuliłam go i szepnęłam mu do ucha.
- Oczywiście, że tak. Zawsze i wszędzie. - Włożył pierścionek na mój palec po czym pocałował mnie. Nie docierało do mnie co się dzieje.
- Wiesz, teraz już jesteś prawie tylko moja. - Szepnął bawiąc się moimi włosami.
- Od dawna jestem twoja. - Pocałowałam go. Po kilku minutach czułości postanowiliśmy się przejść. Uliczki były puste. W końcu był późny wieczór. Szłam oparta o Dracona, który głośno opowiadał o naszej wspólnej przyszłości. Nagle zrobiło się strasznie ciemno. Z mojej twarzy zniknął uśmiech. Wiedziałam, że zaraz będziemy mieć kłopoty. Draco też to czuł. Chwyciłam różdżkę schowaną pod sukienką. Po chwili usłyszeliśmy przerażający śmiech.
- Bellatrix. - Syknął Dracon.
- Znaleźli nas. - Mruknęłam. Wtedy przed nami ukazała się jej postać. Tuż za nią pojawiły się jeszcze dwie osoby.
- Jakie słodkie gołąbki. - Zaśmiała się. Nim zareagowaliśmy już było słychać trzask rzucanych zaklęć. Nie mieliśmy przewagi. Złapałam Dracona za rękę i teleportowałam nas do hotelu. Złapałam tylko moją torebkę z całym naszym bagażem i nie patrząc nawet na blondyna znowu złapałam go za dłoń.
- Chyba będziemy w Paryżu szybciej niż zakładaliśmy. - Teleportowałam nas.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział XVI

Ogarnęło mnie niespotykane wyciszenie i radość. Mimo czerni przed oczami coś pobudzało moje hormony szczęścia. Zaczęłam się śmiać. Przeturlałam się na lewy bok. Coś zaczęło łaskotać mnie po policzku. Obudziłam się z letargu i otworzyłam oczy. Dookoła mnie rozprzestrzeniała się łąka bez horyzontu. Pięknie zielona trawa i świeże kwiaty w pastelowych kolorach kołysały się lekko, mimo że nie czułam wiatru. Otaczająca mnie biel radziła mnie w oczy, chociaż nie była to śnieżnobiała barwa. Wszędzie unosiły się drabinki brokatu. Leżałam na miękkiej trawie. Powoli docierało do mnie co się stało. Zaczęłam zastanawiać się gdzie jestem. Od razu starałam się podnieść. Wtedy zobaczyłam, że ktoś wyciąga do mnie rękę. Z pomocą tajemniczego osobnika wstałam. Spojrzałam na owego człowieka. Zdziwiłam się. Ręka należała do mojego ojca.
- Tato... - Byłam zdezorientowana.
- Skarbie, jak dobrze, że cię widzę. Ten ostatni raz. - Uśmiechnął się na pocieszenie. Próbowałam sobie przypomnieć więcej. Nagle zielony błysk mignął mi przed oczami. Zaczęłam kojarzyć fakty. Nie mogłam uwierzyć. Nie chciałam. Zaszkliły mi się oczy. Ze strachu zrobiłam krok do tyłu patrząc wielkimi oczami na tatę. Poczułam wielki ból. Złapałam się za głowę i zgięłam w pół.
- Ty nie żyjesz? - Ledwo przeszło mi to przez gardło. I tak był to cichy pomruk
- Tak. - Odpowiedział bez dłuższego zastanowienia. Mój ojciec właśnie taki był. Nigdy nie owijał w bawełnę. Moje łzy kapały na ziemię. Upadłam na kolana i objęłam się ramionami. Zaszlochałam.Wtedy mój ojciec uklęknął koło mnie i otoczył mnie ramionami. Pocierał delikatnie moje plecy w geście pocieszenia.
- A co z mamą? - Zapytałam.
- Pewnie zaraz do mnie dołączy. - Powiedział. - Nie płacz. Masz przyjaciół, Syriusza. Musicie razem pokonać tego złego człowieka. - Dodał stanowczo.
- Wiem. - Podniosłam z trudem głowę. Zrobimy to tylko nie chcę, żebyście odchodzili. Potrzebuję was jeszcze. Mam tylko 17 lat... - Nie dokończyłam.
- I jesteś piękną, silną, młodą kobietą. - Powiedział w chwili gdy obok niego błysnęła poświata. Zaczęła nabierać kształtów człowieka. Zrozumiałam, że to moja matka. Nie mogłam przestać płakać.
- Czy ja żyję? - Zapytałam się.
- Kochanie, oczywiście. - Usłyszałam Jean. Pomogła mi wstać.
- Więc dlaczego tu jestem? - Załkałam.
- Nie wiem, ale musisz się obudzić. - Przytuliłam się do Jean.
- Za chwilę, dobrze? - Błagałam. Nigdy w życiu nie czułam się tak potwornie. 
- Co się z wami stało? - Zapytałam mimo wielkiego bólu. Nie mogło mi przejść przez gardło ,,jak zginęliście".
- Voldemort rzucił na nas to śmiercionośne zaklęcie. Nie chcieliśmy nic powiedzieć o Harrym czy tobie. - Wyjaśniła moja matka.
- On tego nienawidzi. Tylko dlaczego nie wdarł się do waszego umysłu? - Zaczęłam racjonalnie myśleć.
- Mógł to zrobić? - Zdziwili się.
- Tak. Ja też to potrafię. - Mruknęłam. Nie mogłam się skupić. Wtedy krajobraz się trochę zmienił. Łąkę przecinała rzeka. W jednym miejscu był most, żeby ją przejść, a z niego ciągła się krótka ścieżka. Prowadziła do ogromnych, kamiennych drzwi.
- Kochanie musimy odejść. - Usłyszałam to czego nie chciałam.
- Czekajcie, mam tyle pytań. - Mój głos drżał.
- To teraz nie istotne. Musisz się obudzić. - Powiedział mój ojciec.
- Kocham was, najmocniej na świecie. Przepraszam za wszystko co źle robiłam. I tak jestem szczęśliwa, że jesteście moimi rodzicami. - Wtuliłam się w mamę. Chciałabym, żeby zostali ze mną.
- My ciebie też kochamy. Za wszystko. - Powiedziała Jean. - Jesteśmy dumni z takiej córki. Pamiętaj, że zawsze będziemy z tobą, nawet gdy nas nie widać. - Dodał tato. Ta chwila trwała dla mnie wiecznie. W trójkę trwaliśmy w uścisku. Tak bardzo nie chciałam, żeby odchodzili. Jednak wtedy odsunęli się ode mnie. Ojciec pogładził moje włosy, a mama otarła mi łzy.
- Bądź silna i żyj pełnią życia. - Usłyszałam.
- Kochamy cię. - Ostatnie słowa. Wtedy z uśmiechem na ustach złapali się za ręce i przeszli przez most. Widziałam jak mojej mamie chce się płakać, ale pewnie nie chciała, żebym taką ją zapamiętała. Otworzyli potężne drzwi. Zaskrzypiały głośno, a ze środka wydobył się podmuch ciepłego wiatru. Biel z tamtego miejsca raziła w oczy. Po chwili ich sylwetki zmyły się z jasnością. Znowu padłam na kolana. Wielki ból. Tylko tyle czułam. Zaczęłam krzyczeć tak głośno jak to możliwe. Niestety nie było koło mnie nikogo kto mógłby mi pomóc. Po paru minutach leżałam na ziemi trzęsąc się. Powoli dochodziło do mnie co się stało. Podniosłam się. 
- Też was kocham. - Szepnęłam, a wokół mnie zaczęła panować ciemność.
***
Dwa tygodnie. Leży tak nieruchomo od dwóch, cholernych tygodni. Nie mogłem nic zrobić. Byłem na siebie wściekły. Hermiona leżała podłączona do tej całej dziwnej aparatury, która wskazywała, że ciągle żyje. Siedziałem z nią tak długo jak tylko mogłem. Oczywiście pielęgniarki dawały mi wyraźnie znać, że to nie hotel. Musiałem więc na noce wracać do domu. Nie martwiłem się o nic innego. Potter i reszta się tym zajęła. Ostatnio prawie cały czas mówiła przez sen. ,,Kocham was'' lub ,,nie opuszczajcie mnie'' było najczęstsze. Jednak dziś nie usłyszałem ani słowa. Musi się obudzić. Razem uciekniemy. Usłyszałem ciche pukanie. To była Ginny. Nawet nie musiałem się odwracać. Tylko ona pukała.
- Draco idź na spacer. Pooddychaj świeżym powietrzem. Mamy piękną pogodę. - Zachęcała mnie. Pomyślałem, że tym razem ulegnę. Wstałem i bez słowa wyszedłem. Skierowałem się w stronę parku po drugiej stronie ulicy. Usiadłem na ławce. Rzeczywiście wiosna otaczała mnie z każdej strony. Tak bardzo chciałem cieszyć się nią z Hermioną. I każdą następną. Tak, chciałem spędzić z nią resztę życia. Skończylibyśmy szkołę, ona oczywiście z najlepszymi wynikami. Ja, Potter, Blaise i Ron zaczęliśmy pracować w Ministerstwie. Hermiona pracowałaby w Mungu, a Jen odnalazłaby swoje powołanie, jak to ona mówi. Rox i Ruda projektowałyby te swoje ciuchy aż w końcu byłyby sławne na cały świat. Za 10 lat spotykalibyśmy się jak teraz tyle, że z naszymi dziećmi. Piękna przyszłość. Niestety, jakże odległa. Puki co musimy przeżyć. Postanowiłem wrócić do szpitala. Po chwili byłem już na właściwym piętrze. Wszedłem do sali, a jej oczy były otwarte.
- Draco... - Wychrypiała.
- Miona, nareszcie. - Uśmiechnąłem się. Podszedłem do jej łóżka. Nachyliłem się i musnąłem ustami jej czoło.
- Draco, Grangerowie nie żyją. - Szepnęła. Widziałem ból w jej oczach.
- Nie mamy pewności. Harry się tym zajmuje. - Powiedziałem.
- Ja mam. Spotkałam się z nimi. Przeszli na drugą stronę. - Mruknęła.
- Może chciał, żebyś to zobaczyła? - Chciałem dać jej nadzieję.
- Wątpię. To było zbyt prawdziwe. Zresztą wątpię, żeby trzymał ich przy życiu tylko z mojego powodu. On gardzi mugolami. - Była pewna swojego.
- Hermiono, ja...tak mi przykro. - Przytuliłem ją.
- Obiecałam im, że będę silna i nie załamię się. Oraz to, że... - Wzięła głęboki oddech. - Że pokonamy Voldemorta. - Skończyła.
- Wiem. Tylko teraz najlepszym wyjściem jest ucieczka. - Wspomniałem o planie "A" wymyślonym przez Pottera.
- Co? - Szepnęła ze zdziwienia.
- Harry to wymyślił. Opowiem ci później, a teraz odpoczywaj. Im szybciej wyjdziesz ze szpitala tym lepiej. - Pocałowałem ją w policzek.
- Kocham cię. - Rzuciłem z uśmiechem na ustach wychodząc z sali.
***
- Harry, wyjeżdżamy. - Powiedziałem wchodząc do domu przy Grimmauld Place 12.
- Obudziła się? - Zapytała Ginny wychylając się z kuchni.
- Tak. I twierdzi, że kiedy była nieprzytomna rozmawiała z Grangerami. Nie żyją. - Mówiłem w biegu. Zniosłem z góry torbę z rzeczami Hermiony, którą przygotowała Ruda.
- Nie mamy pewności... - Zaczął Harry.
- Upiera się przy swoim. - Zakończyłem. - Teleportujecie się ze mną? - Zapytałem. Cieszyłem się z posiadania siedemnastu lat.
- Jasne. - Odpowiedzieli razem.
***
- Jestem gotowa. - Powiedziała Hermiona.
- Neville pisał, że w Hogwarcie pojawia się coraz więcej śmierciożerców. - Odezwała się Rox.
- Wracacie do Hogwartu? - Zapytałam.
- Ja, Rox i Rudzielec tak. - Odpowiedział Zabini. - Ja i Harry będziemy szukać horkruksów. - Dodał Ron.
- Macie mało czasu. - Zauważyłam.
- Damy radę.
Nadszedł czas pożegnań. Przytuliłam każdego z nich choć to mi nie wystarczyło. Niestety musiałam uciekać. Wyszłam z Draco na zewnątrz szpitala.
- Dokąd? - Wydusiłam jedno słowo.
- Europa. - I już nas nie było.

środa, 30 stycznia 2013

Rozdział XV

Kierowałam się w stronę gabinetu dyrektora. Razem z drugim prefektem – Draconem. Szliśmy w zupełnej ciszy. Obejmował mnie ramieniem, a ja jego w pasie. Wystarczyła nam swoja obecność. Cieszyłam się chwilą. Gdy za zakrętu wyglądał gargulec prowadzący do gabinetu dyrektora zauważyłam, że wszyscy już są. Dwójka Krukonów i Puchonów oraz Ronald Weasley i Levander Brown. W chwili kiedy się zatrzymaliśmy zegar wybił godzinę, na którą byliśmy umówieni z dyrektorem. W tym, że momencie ukazały nam się schody. W końcu usłyszeliśmy:
– Witam prefektów. Na wstępie chciałem powiedzieć, że zaczął się nowy semestr w związku z tym dziękuje Puchonom i Krukonom za nocne patrole. Do czerwca ten obowiązek będzie należeć do Gryfonów oraz Ślizgonów. Ustaliliśmy taki podział Domów, aby załagodzić konflikty między nimi. Szczególnie między Gryffinorem, a Slytherinem. – Spojrzał na mnie karcąco. – Ravenclaw i Huffelpuf może już iść. – Zakończył monolog. – Tylko pamiętajcie o pozostałych obowiązkach prefektów. – Dodał. Po chwili milczenia znowu zaczął.
– Chcę, aby wasza współpraca była choćby spokojna. Macie na siebie nie krzyczeć, nie rzucać, nawet tych głupich zaklęć. Macie być punktualni i trzeźwi, racja panno Black i panie Malfoy? – Ostatnie słowa zaakcentował i spojrzał rozbawionym wyrokiem na nas.
– My!? Panie dyrektorze… – Uśmiechnął się Draco.
– Wierzę w możliwości Ślizgonów. – Skomentował. – A raczej waszej dwójki.
– No ma pan rację. – Powiedziałam.
– Zaczynacie za piętnaście minut, do godziny drugiej. – Spojrzałam na zegar, wskazywał dwudziestą czterdzieści pięć. Udałam się na chwilę z Draco do swoich dormitoriów. Gdy byłam w swoim pokoju wpadłam na głupi pomysł. Wzięłam z barku dwie butelki Ognistej, zmniejszyłam je jednym ruchem różdżki i ostrożnie włożyłam do kieszeni. Punkt dwudziesta pierwsza byliśmy na miejscu. Po chwili przyszli też Ron i Levander.
– To robimy tak. Pierwsze dwie godziny patrolujemy razem, a potem oddzielnie z małymi spotkaniami tutaj co jakiś czas dla pewności, ok? – Zaproponowałam.
– Niech będzie. – Gryfgoni zgodzili się bez marudzenia. 
- Dlaczego nie ma tu Harrego i Ginny? - Zapytał Dracon.
- Bo ich zastępujemy, zmieniamy się, a McGonagall to nie przeszkadza. -Odpowiedział Ron niezbyt grzecznie. Wzruszyłam tylko ramionami. Wspólny czas zleciał nam dość bez konfliktowo. Ronald zwrócił nam tylko kilka razy uwagę, żebyśmy tak publicznie nie obnażali swojej wielkiej miłości. Za którymś razem gdy to powiedział żyłka na czole zaczęła mi niebezpiecznie pulsować. Zatrzymałam się i wypiłam w wargi Dracona. Ten tylko pogłębił pocałunek i objął mnie w tali. Zarzuciłam ręce na jego szyję przyciągając go jak najbliżej siebie. Gdy się oderwaliśmy od siebie Ron mało co nie wybuchł.
– Nie moja wina, że jesteś zazdrosny. – Skomentowałam. Po tym małym incydencie podzieliłam się z Levander miejscami patrolu i umówiłyśmy się za godzinę przy gabinecie Dumbledora. Wzięłam szybko blondyna za rękę i pobiegłam w stronę Pokoju Życzeń. Gdy do niego weszliśmy zobaczyliśmy przytulny, ale w nowoczesnym stylu pokój. Wyjęłam z kieszeni alkohol. Były to dwie samo-napełniające się butelki Ognistej Whisky.
– Przepraszam za brak manier, ale ciągnę z gwinta. – Zaśmiałam się.
– Twoje zdrowie. – Zderzyliśmy się butelkami. Pijąc oczywiście zaczęliśmy się wygłupiać. Nagle ktoś wszedł do Pokoju Życzeń. Zareagowaliśmy opóźnioną reakcją przez nasz stan pijaństwa. Był to Rudy z Lav.
– Wy…jesteście pijani? – Zrobił oczy jak dwa spodki.
– Nie Ronuś. Jesteśmy trzeźwi. – Powiedziałam.
– Pijani w cztery dupy. – Zaczął się śmiać.
– Cholera! Ty… się rypiesz z nas. – Draco mało co nie zakrztusił się Ognistą.
– Możemy się dołączyć? – Zapytał po chwili. Wyplułam ze zdziwienia zawartość w ustach.
– Wesley, wszystko okej? Ty chcesz z nami, Ślizgonami pić? – Zapytałam.
– No mniej więcej to powiedziałem. Hermiono, twoja inteligencja chyba spadła przez niego. – Wskazał na blondyna.
– Nie, to przez Zabiniego. – Powiedziałam jednocześnie ze Smokiem. Zaczęliśmy się śmiać. Jednak usłyszeliśmy jeszcze inne głosy poza nami.
– Tak zawsze wszystko przeze mnie. – Ktoś marudził. Po chwili naszym oczom ukazał się Blaise, Roxi, Jen, Ruda i Potter.
– To co melanżyk? – Zapytał Smoku.
– A co z naszym patrolem? – Zapytała Levander. Harry spojrzał na Rona. Po chwili wyciągnął pożółkły kawałek papieru.
– Rogacz, Łapa, Lunatyk i Glizdogon prezentują Mapę Huncwotów. – Przeczytał Harry. Moi Ślizgońscy przyjaciele byli zaciekawieni przedmiotem. Gdy zobaczyli jakie ma właściwości Jenna zapytała:
– Poti, skąd masz to cudo?
– Fred i George zwinęli to Filchowi na pierwszym roku. – Wyjaśnił.
– Ej, Glizdogon to ten Glizdogon? – Zapytał Draco.
– Tak, Lunatyk to Lupin, Łapa to Syriusz Black, a Rogacz to mój ojciec. Rozrabiaki stulecia. Nawet bliźniacy Weasley nie dorastają im do pięt. – Uśmiechnął się.
– No nieźle. – Skomentował Diabeł.
– A więc tak…gdy na mapie zobaczymy jakiegoś nauczyciela w pobliżu eliksir na kaca i zapierdalać na korytarze. – Zakończył Bliznowaty.
– Jaki wulgarny. – Powiedziałam.
– Kobieto, nie pieprz. Polewaj. – Dodał Blaise. Od razu wyczarowałam dodatkowe samo-napełniające się butelki Ognistej. Po kilkunastu minutach chłopcy już któryś raz z kolei urządzali sobie konkurs kto wypije więcej za jednym razem. Ci, którzy przegrywali żądali dogrywek, bo ich urażone, napite dumy nie tolerowały porażki. Tak w miłym towarzystwie spędziliśmy czas do czwartej nad ranem, bez większych problemów jeżeli chodzi o obowiązki prefektów. Następnego dnia zrobiliśmy małe zamieszanie. Malfoy i Wesley. Odzywający się do siebie. W koleżeńskich warunkach. Kolejny mit obalony. Lekcje przebiegły również bezproblemowo. Umówiliśmy się na małą imprezkę Gryffindor – Slytherin. Miało być sporo osób. Ja, Draco, Zabini, Jenna, Roxi oraz druga cześć mocy – Potter, Rudzielec, Wesley, Lav i Nevile. Ustaliliśmy, że spotkamy się w Pokoju Życzeń po kolacji. Po całym dniu spędzonym z przyjaciółmi postanowiłam się odświeżyć. Tuż przed kolacją, nie zwracając uwagi na spóźnienie udałam się do swojego dormitorium. Po piętnastu minutach byłam gotowa, lecz mój wzrok przykuła czarna sowa siedząca przy moim wyczarowanym oknie. Zastanawiałam się jak się tu dostała, skoro jestem pod ziemią (no w lochach). Zauważyłam jednak, że do jej nóżki jest przypięty list . Podeszłam do niej i wzięłam kartkę. Była to srebrna koperta, na której znajdowało się moje imię. Otworzyłam ją i zaczęłam czytać:

Hermiono Jean Black,
Wyrażę się krótko – chcę abyś zasiliła moje szeregi. Jesteś inteligenta i utalentowana, z dobrej rodziny. Jednak doskonale wiem, że się nie zgodzisz. Na zachętę powiem Ci, że Grangerowie dzielnie znoszą cruciatusy.
Liczę na szybką odpowiedź.                                                                                                                                T.M. Riddle

Ręce trzęsły mi się okropnie. Nie zauważyłam nawet kiedy ciążące łzy zaczęły spływać mi po policzkach. To nie może tak być. Nie dość, że Draco, Jenna, Roxellan i Blaise to jeszcze ja. Chciałam coś zrobić, ale nie mogłam. Płakałam jeszcze bardziej. Musiałam powiedzieć Draco. Wybiegłam ze swojego pokoju. W Pokoju Wspólnym nikogo nie było. Wszyscy jedli kolację. Udałam się tam w zastraszającym tempie nie patrząc na swój stan. Gdy w zasięgu wzroku znalazły się drzwi Wielkiej Sali zobaczyłam, że przekracza je Potter. Zawyłam wręcz z rozpaczy. Odwrócił się:
– Harry, błagam pomnóż mi! – Rzuciłam mu się na szyję. Zaczął mnie głaskać po plecach. Staliśmy tak przy końcu Wielkiej Sali. Panowała cisza. Po chwili słyszałam koło siebie moich przyjaciół.
– Herm, co się stało? – Zapytał jako pierwszy Draco. Odrywając się od Harrego podałam mu list. Po szybkim przeczytaniu wraz twarzy mojego chłopaka wyrażał wściekłość.
– Nie ty! Cholera, nie pozwolę na to. Ciebie nie spotka taki los. – Zaczął krzyczeć.
– Ale on ma… – Szlochałam.
– Coś wymyślimy. – Powiedział spokojniej.
– Draco, dziękuje. – Zaczęłam tracić przytomność.
[Dracon]
Złapałem ją. Wziąłem delikatnie na ręce, a list cisnąłem w stronę Pottera:
– Zajmij się tym. Pasowało by, aby nie robić jeszcze większego zamieszania z tym wszystkim. Zaniosę ją do pani Pomfrey. – Syknąłem dalej zły. Zauważyłem jak Harry czyta list:
– Co?! – Krzyknął. Wtedy wtrącił się Zabini:
– Smoku, daj ją. Pójdę z dziewczynami zanieść ją do Skrzydła Szpitalnego, a potem mi wyjaśnisz o co chodzi. – Zaproponował. Podziękowałem mu wzrokiem i razem z Harrym udałem się w stronę stołu nauczycielskiego.
– Panie dyrektorze, proszę zerknąć. – Powiedział Potter i podał list.
– Tak, to nie jest zbyt dobra wiadomość. – Zaczął się zastanawiać Dumbledore.

Rozdział XIV

Kto normalny wraca do szkoły po przerwie zimowej zupełnie opalony? No tak, ja. Idę właśnie z Draco, Jenną, Zabinim, Roxi, Ginny i Harrym w stronę Hogwartu. Całego ośnieżonego, białego jednak bardzo ciepłego. Ten mróz mnie dobija. Tutaj są chyba najchłodniejsze zimy w całej Anglii.
– Ale jestem opalona. – Jęknęłam. Jakoś strasznie mnie denerwował odcień mojej skóry.
– Nie marudź. Większość dziewczyn będzie ci zazdrościć. – Stwierdziła Ginny.
– Tyle, że czuję się tak nienaturalnie.
– Ty to masz problemy. Zmień się lepiej w starą Granger, bo Owutemy się zbliżają. – Zaczęła Roxi.
– Ani myślę, Granger była nudziarą. – Zadarłam nosa. Usłyszałam tylko śmiech moich przyjaciół. Najbardziej śmiał się Dracon:
– Powtarzałem ci to od pierwszego roku, ale ty dalej stawiałaś na swoim. – Śmiał się. Schyliłam się po trochę śniegu i szybko uformowałam z niego kulkę. Rzuciłam nią w blondyna. Ja to mam cela. Trafiłam w samą twarz. I tak oto zaczęła się bitwa na śnieżki. Po godzinie zmagań na mrozie dotarliśmy do swoich dormitoriów. Zamiast iść z peronu dziesięć minut szliśmy dwie godziny. Tempo godne naśladowania. (Tak jak tempo pisania rozdziału przeze mnie – przy. aut. -,-’) Do kolacji zostało mi kilkanaście minut. Zdjęłam zupełnie mokre ubrania i wskoczyłam pod prysznic. Ciepła woda mnie rozgrzała. Umyłam włosy szamponem cytrynowym i po chwili stałam już owinięta w puchowy ręcznik przed szafą. Ubrałam zwykłe jeansy i zielony sweterek. Szybkim zaklęciem włosy ułożyłam w koka i zrobiłam delikatny makijaż. Po chwili znajdowałam się w pokoju wspólnym. Zauważyłam Dracona:
– Idziemy na kolację? – Zapytałam.
– Czekamy na resztę. – Odparł i poklepał miejsce obok siebie. Usiadłam, a Draco położył się wzdłuż kanapy kładąc głowę na moich kolanach.
– Nareszcie chwila dla siebie. Odkąd reszta jest z nami, nie mogłem się w pełni tobą nacieszyć. – Powiedział. Zaczął się bawić moimi włosami.
– Aż taki jesteś napalony? – Zapytałam żartem.
– Strasznie, piękna. – Uśmiechnął się. Schyliłam się i delikatnie go pocałowałam. Oczywiście wtedy przyszedł Zabini.
– Słońca wy moje, was zostawić na chwilę, a już się kleicie. Jakbym tak wyjechał na chwilę dłużej to tu by można przedszkole już założyć. – Zaśmiał się.
– Wujku Blaise, to nie głupi pomysł. – Skomentowałam.
– O nie. Wujkiem to ja mogę zostać, ale to może po szkole, co? – Zapytał wyszczerzony.
– Jak dożyjemy… – Powiedział Draco. Nagle zrobiło się smętnie. Został poruszy temat zakazany. Śmierciożerstwo.
– Ewentualnie nie wytrzymam z nim psychicznie. – Wskazałam na blondyna próbując rozładować napięcie. Po chwili chłopcy zaczęli się śmiać, więc chyba mi się udało.
– Nie masz wyjścia Herm. – Zdrobnił moje imię i pocałował mnie.
– Nie wiem jak wy, ale ja jestem głodny, więc odklejcie się od siebie i chodźcie na kolację – Skwitował Blaise. Dracon oderwał się ode mnie na co skrzywiłam się.
– Rzeczywiście oni są upierdliwi. – Szepnęłam.
– Słyszałem! – Krzyknął Zabini oddalający się od nas.
– Niby jak… – Powiedziałam jeszcze ciszej.
– Też słyszałem! – Krzyknął głośniej. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do niego. Nachyliłam się nad jego uchem i zaczęłam krzyczeć:
– A to słyszysz?!
– Zwariowałaś?! – Krzyknął.
– Byłeś chyba głodny? – Zapytałam jakby się nic nie stało. Draco, Rox i Jen, które najwyraźniej widziały, a raczej słyszały mój wrzask tarzali się ze śmiechu.
– Chodźcie idziemy.
Będąc na korytarzu przybiegła do nas Ginny, a raczej do mnie:
– Słyszałam, że ludzie plotkują na temat tego, że Harry i Smoku się dogadują. – Powiedziała.
– A co Harry na to? – Zapytałam.
– Ma to w nosie. – Uśmiechnęła się. Po chwili już jej nie było.
– Draco, masz ochotę na małe przedstawienie? – Zapytałam.
– Ta…czyli co? – Bąknął inteligentnie.
– Wejdź do sali razem z Harrym.
– Tyle? – Zdziwił się. Przytaknęłam. – To luz. Ludzie nie mają już o czym gadać. Poti, chodź no tu. – Krzyknął do zbliżającego się Wybrańca.
– To co, kolejna popijawa? Teraz może w Griffindorze. – Zapytał podchodząc.
– Ziejesz optymizmem. – Skomentowała Jenna.
– A i owszem. Póki żyje to korzystam z życia. – Zaśmiał się. Minęliśmy wrota Wielkiej Sali. Miny uczniów. Bezcenne. Ba! Nauczycieli. Roześmialiśmy jeszcze głośniej. Draco wymienił z Harrym kilka uwag, a Roxellan skomentowała czyjś ubiór, pokazując to Ginny, na co ona zachichotała. Wtedy rozeszliśmy się do swoich stołów. Gryfoni byli zszokowani, ale co więcej Ślizgoni też. W pośpiechu zjadłam kolację. W połowie dyrektor powiedział tylko, że cieszy się widząc nas wszystkich w komplecie, ma nadzieję, że przeżyliśmy wspaniałe święta oraz ma na uwadze nasze starania w nauce w tym semestrze. Na koniec wspomniał tylko prefektom o zgłoszenie się jutro do niego. Po tym udałam się do swojego dormitorium. Była tylko dziesiąta, ale jako, że uwielbiam jakże prostą czynność jaką jest spanie udałam się po piżamę. Wpadłam na mały pomysł. Gdy tylko byłam gotowa do snu zamknęłam swoją sypialnię i udałam się do Malfoy’a. Skoro ja spałabym u siebie, a blondyn u siebie to marnowalibyśmy tylko łóżko. Po minucie leżałam w pokoju mojego chłopaka. Chwilę potem wyszedł on z łazienki w samych spodniach od pidżam. Nawet mnie nie zauważył.
– Witam moją poduszkę. – Ujawniłam się.
– Właśnie miałem do ciebie iść. – Uśmiechnął się. Położył się koło mnie na boku i zaczął bawić się moimi włosami.
– W tym roku czekają nas testy, koniec szkoły i co potem? – Zapytał.
– Będziemy żyć długo i szczęśliwie. Możemy nawet się ukrywać. Uciec od kłopotów. – Uśmiechnęłam się.
– Co jeśli Voldemort zaatakuje przed zakończeniem roku? – Kolejne pytanie.
– Wtedy postaramy się go zniszczyć, razem z Harrym. Tak aby nikomu nic się nie stało. – Westchnęłam.
– Optymistyczne myślenie. To pani wszechwiedząca co będzie za 20 lat? – Uniósł brew.
– Tego nie wiem. – Zaśmiałam się.
– A ja wiem. – Spojrzałam na jego roześmiane spojrzenie. – Będziemy razem odprowadzać swoje dzieci na peron 9 i 3/4. – Patrzył na mnie cały czas. Zdębiałam.
– Masz aż takie plany co do mnie? – Wydukałam.
– Mniej więcej. – Pocałował mnie w czoło. – Chodźmy spać. Przytuliłam się do jego toru, a on objął mnie ramieniem. Tak odpłynęliśmy w krainę Morfeusza.

Rozdział XIII

Promienie słońca wpadały do pokoju, oświetlając moją twarz. Zaczęłam szukać ręką Dracona. Jednak nie natrafiłam na nic. Poczułam zapach świeżej kawy. Otworzyłam oczy. Przewróciłam głowę w prawą stronę:
- Buuu! – Usłyszałam. Pisnęłam z przerażenia. Usłyszałam donośny śmiech kilku osób.
- Blaise! Ty niewyżyta, mała, bezczelna pijawko! – Krzyczałam i zaczęłam go bić poduszką.
- Codziennie tam miło rozpoczynasz dzień? – Śmiał się. Bezczelny, pomyślałam. Odwróciłam się od niego, owinęłam w cienki koc i pokierowałam się w stronę łazienki. Wzięłam szybki prysznic za pomocą zaklęcia ułożyłam włosy i zrobiłam delikatny makijaż. Ubrałam się w krótkie, białe spodenki i żółtą bluzkę bez ramiączek. Po chwili udałam się na śniadanie:
- Miona! - Słyszałam.
- Cześć Jen, Roxi! – Rzuciłam im się na szyję.
- Ze mną się nie przywitasz? – Uśmiechną się Blaise i spojrzał na mnie spode łba.
- Och Diable! Jak ja się stęskniłam! – Podeszłam do blatu, na którym stała moja, zimna już kawa. Podbiegłam w stronę chłopaka i uścisnęłam go. Wzięłam kubek nad jego głowę i pewnie przychyliłam.
- Co ty do cholery jasnej wyprawiasz! – Zaczął się drzeć.
- Witam cię. – Powiedziałam.
- Jak ja cię dorwę! – Próbował się odgryźć.
- Tak, pijawko? - Zaśmiałam się.
- Draco, chy czoła, że ty z nią wytrzymujesz. – Uspokoił się. Podeszłam do Smoka i pocałowałam go.
- Tak naprawdę, to ja też z nią nie wytrzymuję. – Uśmiechnął się.
- Skoro tak, to dzisiaj śpisz sam! – Odgryzłam się i wyszłam z kuchni.
- Żartowałem. – Krzyknął.
- Oczywiście! - Syknęłam z ironią. Zabrałam dziewczyny na taras.
- Dobra, co wy tu robicie? – Uniosłam brew.
- Stęskniłyśmy się. – Powiedziała Roxi.
- To co? Zakupy? - Zapytała Jen.
- Jasne. Ten maruda nie da się nigdzie wyciągnąć. – Powiedziałam.
- Zapomniałabym, Ginny i Harry pozdrawiają. – Powiedziała blondynka. Ruszyłyśmy na zakupy. Wybrałyśmy się na jedną z największych ulic handlowych. Po kilku godzinach chodzenia, zmęczone usiadłyśmy w lodziarni nie daleko plaży. Z daleka zauważyłam Diabła i Smoka:
- To już oblazłyście każdy kawałek sklepu? – Zakpił Blaise.
- Tak, a ty już się wysuszyłeś? – Odpyskowała Roxi.
- Jak widać. Idziemy na plażę? – Puścił tą uwagę powyżej uszu. Po chwili chodziliśmy po nagrzanym piasku. Razem z Draco trzymałam się z tyłu:
- Jutro rano wylatujemy. – Powiedział.
- Znowu wrócimy do rewelacji Hogwartu. – Uśmiechnęłam się.
- Brakuje mi krzyku nietoperza na tą rudą pijawkę. – Zatracił się w wyobraźni.
- Jaki ty jesteś wredny. – Powiedziałam.
- Ty też. – Pocałował mnie. Popatrzyłam się w stronę zachodzącego słońca. Fale lekko uderzały o skały. Blondyn objął mnie w talii, a głowę oparł na moim ramieniu.
- Kocham Cię. – Szepnął.
- Ja ciebie też. Uśmiechnęłam się i wtuliła w jego silne ramiona.